Cascais i Cabo da Roca.

21.01-24.01

Portugalia!
Urzekają kolorowe domki wspinające się po krętych romantycznych uliczkach. Ciepłe słońce i zielone palmy pozwalają poczuć zapach wakacji nawet w środku zimy. Widok błękitu oceanu i szum fal wycisza i uspokaja.

Zakochuję się w niej od razu. Na początku w wycieczce do Porto, rok temu w wycieczce do Lizbony, a dziś w wycieczce do Cascais. Jak widać razem z M wpadliśmy jak śliwka w kompot. Znowu tam lecimy! Tam gdzie palmy, gdzie słodki alkohol i moje ukochane domki z niebieskich płytek ❤

Dzień 1.

Startujemy wczesnym porankiem. Spod domu mamy bezpośredni autobus na lotnisko Paris Orly na które dostajemy się w 15 minut! To połączenie jest aż za idealne. Jesteśmy sporo przed czasem. Robimy sobie typowe francuskie śniadanie z croissantem i kawą i mam déja vu! Rok temu było dokładnie tak samo →  o tutaj. Rozkoszuję się tą chwilą. Zaraz będę setki kilometrów stąd. Ucieknę od, jak nigdy nad wyraz, zimnego Paryża i będę spacerować wśród palm ❤

Loty o poranku są niesamowicie czarujące! Kocham to niebo ❤
Pierwszy raz lecimy portugalskimi liniami Tap które nas miło zaskakują i podają na pokładzie samolotu mini śniadanko. I to takie pełnowartościowe! Jest mała kanapka z szybką i białym serkiem, do tego pitny jogurt actimela no i rzecz jasna napoje do wyboru do koloru:)

Lądujemy w Lizbonie, ale nie zostajemy tam na długo. Łapiemy metro w stronę centrum, kolejny mega plus za tak świetnie ogarniętą komunikacje miejską, i raz dwa jesteśmy na głównym dworcu kolejowym. Wyskakujemy przejść się po wielkiej hali „Time Out”. Wewnątrz hali są restauracje, a na środku pełno stołów i siedzisk gdzie można oddać się konsumpcji zakupionych dań. Druga część hali to market spożywczy gdzie oprócz owoców i warzyw można zakupić najwymyślniejsze owoce morza.

15

Po szybkim drugim śniadaniu wsiadamy w kolejkę do Cascais i zaczyna się. Trasa biegnie wzdłuż wybrzeża rzeki Tag, a później oceanu. Cieszymy oczy jak dzieci widokiem niebieskiego horyzontu. Podróż mija szybko. Po 40 minutach jesteśmy na miejscu.

Cascais jest ciche i spokojne. Specjalnie wybieramy się tam w styczniu by uniknąć sezonu turystycznego, który zaczyna się już w marcu! I uwierzcie mi lub nie, ale różnica potrafi być kolosalna, o czym się przekonałam podczas wizyty w Porto właśnie w styczniu, a później w marcu. Tym sposobem typowo turystyczne miejsca zwiedzamy na spokojnie, bez rzeszy turystów.

Ale wracając do Cascais! Miasteczko posiada urokliwą główną uliczkę z popularnym falistym wzorem biało-czarnej mozaiki, pełną sklepów z pamiątkami. My atakujemy tam sklep ze… skarpetkami! Hah! Panu M od razu zaświeciły się oczy, ba mnie też! Są jeszcze noworoczne promocje dlatego wychodzimy z naręczem gustownych skarpetek;) Ot co te nasze niestandardowe pamiątki z wojaży.

Nasze mieszkanko znajduje się w samym centrum miasteczka. Dwa kroki od głównej promenady i dwa od plaży! Dokładnie na końcu uliczki z powyższego zdjęcia. Jest miło i przytulnie. Właścicielka jest sympatyczna i pomocna, dostajemy nawet później od niej smsa z restauracjami jakie poleca na lunch. My jednak już wybraliśmy. Dzięki tripadvisor! Stołujemy się w restauracji „Polvo Vadio” gdzie serwują na różne wymyślne sposoby ośmiornice;) Toast kieliszkiem białego wina na dobry początek naszego pobytu w Portugalii i zabieramy się za konsumpcje różowych macek. Z ręką na sercu mogę polecić. Miła luźna atmosfera, obsługa bardzo serdeczna i chętnie tłumaczy wszystkie pozycje z menu, no i można skosztować świeżej dobrej ośmiornicy!

Po sytym obiedzie udajemy się w stronę najbardziej popularnego obrazka z pocztówek, czyli biało-niebieskiej latarni przy „Santa Maria House”. Obowiązkowe miejsce w Cascais! Znajduje się tutaj również urocza przeszklona kawiarnia z pięknym widokiem. Szczerze żałuję, że nie skoczyliśmy tam nigdy na popołudniową kawę. Może innym razem?:)

11

Zaraz obok znajduje się park „Parque Marechal Carmona – Parque do Gandarinha”, dlaczego ma dwie nazwy nie mam pojęcia, ale wiem że jest bardzo dobrym pomysłem na popołudniowy spacer. W parku znajduje się muzeum, do którego jednak nie było nam po drodze, ale budynek sam w sobie robi wrażenie. Ponadto jest to park po którym biegają kury i pawie! Od tak sobie grasują wśród ławek i wydziobują resztki zgubionej kanapki:) Duży plac zabaw czyni ten park idealnym dla małych dzieci, chociaż spokojnie można tutaj znaleźć też i zaciszne miejsca.

Później dreptamy w stronę portu spacerując wzdłuż palm. Przewalają się tutaj stosy zielonych sieci na tle rybackich kutrów kołysanych delikatnie przez szepczące cichą melodie fale w akompaniamencie skrzeku wygłodniałych mew.

Koło 17:30 udajemy się w podskokach na dach restauracji Cafe Galeria House of Wonders” z której mamy nadzieję zobaczyć zachód słońca. Jednak tak się nie dzieje. Albo jesteśmy tam już za późno albo to nie jest dobre miejsce na oglądanie zachodów słońca. Idealnie jest jednak udać się tutaj na przepyszny koktajl Rum punch! Do tego samo miejsce jest warte odwiedzenia ze względu na swój kolorowy i klimatyczny wystrój! Kiedy zostajemy sami tańczę w rytm romantycznej muzyki

Ostatni punkt dzisiejszego dnia to spacer na skały Boca do inferno, zwane „ustami piekieł”. Udajemy się tam późnym wieczorem jak jest już całkowicie ciemno, chcemy usłyszeć te „diabelskie” odgłosy które podobno słychać gdy fale uderzają o skały. Kiedy mało co widać w ciemnościach wyobraźnia działa podwójnie. Przechodzimy niedaleko za zabezpieczające barierki, by dodać sobie dreszczyku emocji, ale spokojnie, pozostajemy w bezpiecznej odległości. Fale uderzając o skały głośno dudnią, by nagle zamilknąć urwanym szeptem. Za każdym razem podskakuję kiedy woda rozbija się o ścianę klifu.

Jutro wyruszamy zdobyć te klify!

Dzień 2.

Dziś wybieramy się na „koniec świata”, a bardziej koniec Europy. Przylądek „Cabo da Roca” to najdalej wysunięty punkt naszego kontynentu, zwany czasem właśnie jej końcem.

Pobudka o 9. Kąpiel i małe śniadanie. Gdy wychodzimy miasteczko nadal wydaje się być zaspane. Uroki martwego sezonu;). Po drodze mijamy świetny mural który idealnie opisuje tutejszych mieszkańców. Starsze babeczki robiące na drutach i rybacy! Dużo rybaków!

Nasze kroki kierujemy w stronę dworca autobusowego. Chodzimy od przystanku do przystanku sprawdzając autobusowe rozpiski. Okazuje się, że autobusy które znalazłam w internetach niekoniecznie mogą nas zaprowadzić tam gdzie chcieliśmy(niebawem dodam wskazówki praktyczne dojazdu). Ale mamy szczęście. Podczas gdy przypadkowa starsza kobieta stara się usilnie mi pomóc, nagle nadjeżdża ni stąd ni zowąd poszukiwany autobus Im bliżej do celu tym piękniejsze widoki.

24

Przystanków po drodze jest kilka, ale bez problemu można podpytać kierowcy gdzie dokładnie wysiąść. Opuszczamy autobus na samym szczycie przylądka Roca. Widoki nie rozczarowują.

25a

Jest słonecznie, ale wietrznie. Dodatkowy Pan M podnosi mi ciśnienie gdy widzę jak wychyla się poza barierki. Boję się przeokrutnie takich przepaści. I nie bez powodu! Pewnego lata zginęła w tym miejscu para polaków, która spadła z urwiska, usiłując zrobić sobie ładne zdjęcie przechodząc przez zabezpieczające barierki. Można rozpoznać to miejsce po dwóch biało czerwonych kwiatach ułożonych nad przepaścią..
My staramy się uwiecznić piękny widok nie ryzykując swojego życia, jednak nie udaje się zrobić żadnego wspólnego zdjęcia na którym nie wyszlibyśmy jak rozczochrańce 😉 Ah wiej wietrze wiej!

W planach była wędrówka po wytyczonych ścieżkach szczytami klifów. W internetach, po przekopaniu jego zawartości pięć razy, udało mi się znaleźć jakąś mapkę z prawdopodobnymi trasami. W informacji dowiaduję się jednak, że takowe szlaki nie istnieją! Nie mogę w to uwierzyć. Widzimy jednak, że z daleka widać jakiś zarys ścieżek szczytami klifów. Iść, czy nie iść? Po burzliwych ustaleniach, w końcu dochodzimy do wniosku, że spróbujemy. Kupujemy wodę i kanapkę na drogę. Szacujemy, że wyprawa powinna nam zająć około 4 godzin. Damy radę?

Na domiar wszystkiego zaczyna kropić. Idealnie. Całe szczęście tylko chwilowo. Postanawiamy spróbować, najwyżej zaraz się wrócimy. Schodzimy kamienistą ścieżką w dół. Jest okay. Wypatrzyliśmy na dolę grupkę ludzi. Dopytujemy się, czy ta trasa dokądś prowadzi. Czy nie zginiemy marnie jak nią pójdziemy? Spoglądają na nas trochę niepewnie, ale mówią, że jest tam przejście i że nawet można później odbić w stronę małych miasteczek. Świetnie! Kiedy jesteśmy na samym dole naszym oczom ukazuje się cudny widok! „Praia do Louriçal”

30

Ale było w dół to teraz trzeba i w górę. Zaczynam żałować, że się porwaliśmy na ten szalony wyczyn. Ścieżki, na których sucha ziemia usypują się spod nóg. Mój lęk wysokości. Przerażająca otwarta przestrzeń. Brak jakiegokolwiek krzaku czy większego kamienia na którym mogłabym się wesprzeć. Boje się, że zaraz sturlam się w przepaść! Ścieżka pomimo iż wąska, to jednak dość wydeptana, czyli jednak przez kogoś uczęszczana. Można tędy przejść i przeżyć! Dodaje mi ta myśl odrobinę nadziej.

Zdjęć robię na tym odcinku mało. Za bardzo jestem skupiona na tym by nie stracić życia. Może filmik który niebawem zamieszczę ukaże choć trochę ten klimat. Niebawem spróbuje też dodać dokładnie rozpisaną trasę naszej klifowej przeprawy. Bo jest niesamowicie. Przerażająco, ale pięknie.

31

Po pierwszym zdobytym szczycie naszym oczom ukazuje się sekretna plaża „Praia de Assentiz.” Na drugim robimy sobie przerwę na kanapkę. Jestem dumna. Patrzę na odległość miedzy nami, a latarnią na przylądku Roca. Zrobiliśmy to! Na pierwszy zdjęciu na horyzoncie nasz punkt startowy, a na drugim widać tę małą ścieżynkę którą szliśmy! (kliknij by powiększyć zdjęcie)

Nasza mała ścieżka łączyły się z większą. Jest płasko, szeroko i bezpiecznie. Uf! Mogę odetchnąć z ulgą. Mamy możliwość odbicia w prawo by dalej wspinać się po szczytach, ale za bardzo się boję, że dalej może być jeszcze straszniej, dlatego skręcamy w stronę miasteczka.

Po chwili jednak już buszujemy w komórkach i próbujemy w google maps znaleźć miejsce gdzie możemy odpić na dzikie ścieżki, by móc pocieszyć się jeszcze trochę tymi widokami. Przedzieramy się na skróty przez zarośnięte czyjeś podwórka i odbijamy od miasta. Znów jesteśmy sami z naturą Poniżej na zdjęciu widać plażę do której zmierzamy!

36

Tym razem staramy się trzymać ścieżek z dala od oceanu. Wychodzi różnie. Czasem jest znowu trochę strasznie, ale chyba powoli zaczynam się przyzwyczajać. Czasem warto przezwyciężyć swoje słabości, żeby przeżyć coś pięknego ❤

37

Na swojej drodze rozkoszujemy się widokami fal rozbijających się na ścianach bezlitośnie obdrapanych z resztek godności budzących grozę klifów. Podziwiamy „Praia da Grota.” Znajdujemy nawet jakiś opuszczony fort!41

W końcu docieramy do spokojnego odcinka trasy. Na wysokich skałach pokazują się szaleni wędkarze. Zbliżamy się coraz większymi krokami do celu naszej podróży.

42

Docieramy do cywilizacji!

DALIŚMY RADĘ!

Sart 12:27 meta 16:36 ❤
Jest i nasza plaża „Praia do Guincho.” Chwilę siedzimy na piasku. Odpoczywamy. Natykamy się tam również na dziwną sesję fotograficzną krzesła w wodzie? Można i tak. Aż też uwiecznię to niesamowicie „niezwykłe zjawisko”. Pstryk!

43

46

Człapiemy mozolnie do knajpki na burgera w picie! Tak burgery zamiast ryby nad wodą! Zasłużyliśmy sobie:) Szkoda tylko, że przegapiamy podobne jeden z piękniejszych zachodów słońca jakie można było zobaczyć na tamtej plaży. Chyba że powyższe zdjęcie się liczy?:D

Nie mamy siły iść na przystanek który jest oddalony o kilometr od plaży, dlatego zamawiamy Ubera, co suma summarum wychodzi prawie identycznie cenowo jak za bilet autobusowy za dwie osoby. To był dobry wybór.
Po wejściu do mieszkania padamy na łóżko.
Dobranoc.

Dzień 3.

Podczas gdy ja mozolnie oddaję się porannej toalecie pan M lata gdzieś po mieście w poszukiwaniu otwartego sklepu, by móc zaopatrzyć nas w produkty na poranne śniadanie. Idealnie ♥ Portugalskie pieczywo jest bardzo podobne do naszego polskiego. Miła odskocznia od francuskich bagietek!

Po sytym śniadaniu ruszamy w stronę Boca do inferno, by móc zobaczyć jak wyglądają te diabelskie skały w ciągu dnia. Po drodze uwieczniam na zdjęciu super ciekawe drzewo, które już kiedyś spotkałam w Hiszpanii. Jest to drzewo kapokowe, zwane puchowcem. Miękka nazwa tyczy się tylko puchu którym otoczone są nasiona, zaś pień drzewa pokryty jest ostrymi kolcami! Do tego ten butelkowaty kształt i piękne kwiaty! No mnie urzekł niesamowicie tenże puchowiec:)

Po drodze odbijamy na mój ulubiony punkt widokowy, bym mogła spełnić się trochę artystycznie 😉 W porannym słońcu prezentuje się jeszcze lepiej.

55

Spacerujemy wzdłuż kamienistego wybrzeża i podziwiamy widoki. Dostrzegamy nawet wygrzewające się na jednej ze skał kormorany. Bierzemy z nich przykład i również korzystamy z wyjątkowo ciepłego dnia.

Ale co to? Nasze piekielne skały, wcale nie są takie straszne, a morze delikatne, ciche, niewzburzone. Nie słychać już złowrogich pomruków wydobywających się spomiędzy skał. Cisza i spokój. Boca do inferno wcale nie takie straszne jak nam się zdawało? To małe zdjęcie po lewej przedstawia szczelinę, z której wydobywające się odgłosy i fale przerażały nas podczas naszej pierwszej nocnej wyprawy.. Dziś nuda. Świeci słońce, fal brak.

Jak dobrze, że trafiliśmy tutaj pierwszego dnia, podczas niewielkiego przypływu! Ale, co się okazuje po tym jak przekopuje internet? Że i tak nie widzieliśmy tego z czego słynie ów zatoka! W czasie wzburzonych przypływów skały zalewane są olbrzymimi falami, które przelewają się przez skalny łuk niczym piana z ust diabła! No niestety nie wszystko można zaplanować..

Poniższy internetowy filmik jest nastawiony na ostatnie sekundy nagrania które najlepiej oddają siłę tegoż żywiołu!

Robimy w tył zwrot i zaczynamy długi spacer ciągnącą się promenadą wzdłuż oceanu w kierunku, nieopodal położonego miasteczka, Estroil. Słońce, woda, piasek, mewy.

67

69

Na miejscu stołujemy się w taniej restauracji konsumując szybki lunch. A później przesiadujemy w parku przed zamkniętym kasynem, z którego sławne jest owe miasteczko. Wszak po 15 otwiera już swe wrota, ale nie sa to moje klimaty. Zzewnątrz nie robi wrażenia, może w środku jest ciekawiej? Wieczorem za to może być tutaj dość ładnie, gdyż budynek oświetlają kolorowe reflektory. Ah i co to za niespodzianka! Obok nas na ławce siedzi trzech naszych rodaków! 😀

Robimy sobie mały spacer wśród osiedlowych domków, ale nic na dłużej nie przykuwa naszej uwagi, dlatego schodzimy z powrotem w stronę oceanu, gdzie wpadamy do bardzo wytwornej restauracji na ciacho i kawę. Do tego kupujemy na wynos słynne pastel de nata!

Przesiadujemy jeszcze chwilę na jednej z ławek nad oceanem. Z trudem powstrzymujemy się by nie skonsumować zakupionych w cukierni słodkości;) Po powrocie do mieszkania przychodzi chwila na delektowanie się wybornymi portugalskimi  słodkościami oraz czerwonym winem. Później robimy szybki skok na sklepy z pamiątkami, by zakupić coś nie coś dla najbliższych.


Na kolację wybieramy się do restauracji specjalizującej się w podawaniu muli wraz z ginem. Jednak gdy pojawiamy się pod jej drzwiami okazuje się, że są zamknięte i że musimy tutaj wrócić dopiero za godzinę. W mieszkaniu włączamy sobie film (! na komórce) i zajadamy się pysznymi ziemniaczanymi chipsami! Z trudem zwlekamy się z łóżka na kolację późną kolację. Miejsce jest bardzo ładne, ale mało smaczne, może bardziej bezsmaczne. Do tego jeszcze bardziej przekonuję się w tym, że nie przepadam za ginem.

Dzień 4.

Żegnamy Cascais i wskakujemy w pociąg do Lizbony. Byebye!
Pierwsze zdjęcie wykonane zaraz po wyjściu z naszego domku.
Plaża na wyciągnięcie ręki! Tam za palmami ♥

Dobrze już znamy Lizbonę z wycieczki o tutaj, więc nie mamy przygotowanego szczególnego planu jej zwiedzania. Zaliczamy główny plac na którym prawie pozbawiam życia biednego małego krabika który niepostrzeżenie wbiega mi pod nogi!

Gapimy się na witryny sklepowe na głównym pasażu handlowym. Później dobrze znaną drogą idziemy w stronę naszej ulubionej knajpki, którą niestety zastajemy zamkniętą. Ale patrzcie co znajduję! Kolorowe graffiti które znalazło się także w Paryżu w mojej grudniowej fotorelacji!

W planach mamy zjeść lunch w restauracji, w której jadaliśmy podczas naszej poprzedniej wizyty w Portugalii, jednak tutaj zastajemy także drzwi zamknięte.. buu 😦 Może jednak ten martwy sezon nie jest czasem taki fajny. No ale to nic. Znajdujemy sobie inne nowe miejsce z klimatem typowo lokalnym! Zamawiamy rybkę i standardowo dzielimy się swoimi daniami między sobą. Omnomnom:) Jak widać na pierwszym zdjęciu z lewej, nasza knajpka nie wyglądała zbytnio zachęcająco!

90

Spacerując przypadkowo docieramy do mojego ulubionego miejsca w Lizbonie! Punktu widokowego Miradouro da Senhora do Monte. ♥ Czas jest idealny. Po prostu siadamy na ławce, przytuleni, patrzymy przed siebie na panoramę całej Lizbony, słuchamy gry na gitarze i cieszymy się słońcem. Jest idealnie. Czuję się strasznie szczęśliwa, że mogę być tutaj znowu. I marzę, żeby zostać na zawsze.95

Zbieramy się w stronę metra, które ma nas zawieźć na lotnisko. Wybieramy trasę mniej turystyczną częścią Lizbony. Uwielbiam to miejsce właśnie za takie obrazki! ♥

Po drodze zatrzymujemy się na niedobrą kawę i wstępujemy do sklepu z odzieżą od portugalskiego projektanta. Jest tam pięknie miękko:) Muszę znaleźć ich sklep online!

Na koniec małe zestawienie ukochanych azulejos ♥ Tutaj znajdziesz ich więcej.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s